Jak można było nazwać tych kilka dni, od piątku do środy? Czym one były? Czekaniem, nieustannymi opiniami, krytyką, wsparciem, walką, obietnicami, nerwami, resztką nadziei. Zapowiadali odwołania od decyzji UEFY, chcieli walczy c, w narodzie, w kibicach nie zaginął duch waleczności. Wyprowadzali inicjatywy, które rozchodziły się w świat. Nikt o tym nie mówił głośno, ale pojawiały się nieśmiałe przesłanki ku temu, by wierzyć w pozytywne zakończenie całej sprawy. Coraz odważniejsze tezy stawiali znawcy piłki i choć większość starała się tonować entuzjastyczne zapędy kibiców, to czuć było szansę na powrót do eliminacji Ligi Mistrzów.
I kiedy po ponad 24 godzinach oczekiwania na decyzję komisji Odwoławczej zdenerwowanie powodowało wysnuwanie teorii spiskowych i nieprawdopodobnych historii na portalach społecznościowych, ból niedowierzania znów zmieszał się ze spokojną świadomością. to było do przewidzenia, ryzyko oddalnia wniosku niepodważalnie górowało nad nikłymi nadziejami na uchylenie kary.
Znowu się nie udało. Nawet nie czuła tego ukłucia zawodu, który zwykle pojwaiał się w takich chwilach. Bolało przez moment, a potem ból zastąpiła pustka.
Tak to dziwnie brzmiało - koniec. Koniec marze o Lidze Mistrzów na ten rok. Zazwyczaj były jakieś matematyczne szanse, jakieś próby odwołania, komisje, jakieś iluzoryczne nadzieje. A tu koniec. Trybunał w Lozannie był tak naprawdę ostatnią formalnością na pełnej drodze odwołań. Dobrze o tym wiedziała.
Niewielu takich wytrwało w wierze, że apelacja do CAS-u cokolwiek zmieni. Wszyscy przeszli obok tego z milczeniem i mentalnie przygotowywali się na mecz z kazachskim Aktobe. Trzeba było wytrwać, iść dalej z podniesionym czołem, dopóki walczyli oni, do krwi, do bólu, do łez.
Musieli.
***
Wziął głęboki oddech. Przeraźliwe gwizdy dochodziły ich jeszcze w tunelu, ale starali się na to nie reagować. Byli świadomi swoje wartości, mimo tego, że ostatnio została bezdusznie zdeptana. Wybiegła razem z kolegami z drużyny, a tym momencie na stadionie rozbrzmiał hymn Ligi Mistrzów. Zabolało. Zakuła gdzieś w sercu, aż bezwiednie zacisnął dłonie w pięści. Ale nie po to tu przyjechali. Przyjechali, by walczyć o zwycięstwo, o kolejne ważne trzy punkty. Zawistność białostockich kibiców nie mogła wytrącić ich z równowagi. Skupili się na rozgrzewce i nie zwracali uwagi na trybuny, z których niósł się okrzyk pozdrawiający Celtic. Zacisnęli zęby i spokojnie przygotowywali się do meczu.
***
Było głośno, a od gwizdów rozbolała ją głowa. Ale czuła, że to tylko chwilowe, a boisko zweryfikuje klasę obu zespołów. Z resztą - oni, kibice, też nie mieli się czego wstydzić. Buńczuczny uśmiech błąkał się na jej ustach na wspomnienie wiosennego meczu z Jagą i epickiej zadymy, której prawie brała udział.
Tak jak się spodziewała, mecz szybko pokazał różnicę między oboma zespołami. Każdorazowo, kiedy któryś z Legionistów zbliżał się do pola karnego Jagiellonii, zaciskała dłonie w pięści, nie tylko dlatego, że życzyła Legii kolejnych bramek. Modliła się w duchu, by żaden z nich nie ucierpiał, mając na uwadze brutalność niektórych zawodników i kontuzje, które odnosili Maciej Korzym lub Marek Saganowski. I tak nie obyło się bez czerwonej kartki i zmiany z konieczności.
Po meczu stadion szybko pustoszał. Jagoda opuszczała go z rozrzewnieniem, całkiem dziwnym i niewytłumaczalnym. Choć może dlatego, że to była wyjątkowa noc, szczególnie dla polskiej lekkoatletyki.
Myślami była w dalekim Zurychu i przy swojej kolejnej z międzynarodowych przyjaciółek, Stinie Larsson, która próbowała podbić skoczną czołówkę europejską. Królowa Sportu zabierała ją na ponad dziewięć miesięcy i do Polski przyjeżdżała najwyżej dwa razy w roku.
Zatrzymała się na moment. Rozejrzała się i dostrzegła wsiadających do autobusu zawodników Legii. Zmrużyła oczu i próbowała wypatrzeć wśród nich Ondreja. Czy jeszcze o niej pamiętał? Czy została w jego pamięci choć na moment, czy zniknęła równie szybko, co się pojawiła?
Dopiero po dłużej chwili zauważyła, że klubowy autobus różni się od tego zwykłego, który zazwyczaj widywała. Zamiast zielonego był niemal cały czarny. Inny.
- Czarna parada - szepnęła, robiąc mały krok do przodu - Witamy na czarnej defiladzie.
Chwilę później gdzieś wśród pozostałych Legionistów mignęła jej blond czupryna Słowaka. Na początku jej nie zauważył. Podniósł wzrok i przez moment na jego twarzy malowało się zaskoczenie, ale zaraz zastąpił go nieśmiały uśmiech. Nie trwało to długo, może kilka sekund. Puścił jej tylko preskie oczko i zniknął we wnętrzu autokaru.
Ale Jagodzie nie było potrzebne więcej czasu. Wystarczyła jej ta jedna chwila; to, że Duda na nią spojrzał, i że ją poznał.
Ze stadionu wyszła uśmiechnięta i spokojna. Choć widziała, że w całej Legi siedzi zadra, to oni, wiarą i jednością silni, nie uklękli przed UEFĄ i podniesionym czołem - ale i z kolejną blizną - szli dalej. Walczyli.
Znów poczuła się dumna ze swojego klubu.
___________________________________________________________________
Rozdział drugi troszkę wcześniej. Szczerze mówiąc, to zmotywował mnie wczorajszy filmik z Team Spirit. Ale nawet prezes Leśnodorski podszedł do tego z humorem. I dobrze ;)
Ale jedno jest pewne.
#SaganKing #MaruniaMistrz
I tyle w temacie ;)
Trzymajcie się.
Nosić w sobie nadzieję, łudzić się na przekór faktom. Gdy wszystko wydaje się jasne, mieć krztę wiary, którą i tak pogrzebuję żywą. Czas leczy rany, każdy kolejny mecz to wyzwanie, któremu trzeba stawić czoła.
OdpowiedzUsuńI dostrzegł ją, poznał, puścił oczko. I tak niewiele i wiele zarazem.
Wczoraj trafiłam na Twoje opowiadanie i wkręciłam się bez reszty:-) fantastyczny! Przyznaje kibicem Legii jestem od niedawna, ale juz teraz kocham ten klub z całego serca. Za wszystko. Po prostu
OdpowiedzUsuń